Killer Zuzia

Moja syjamska kotka jest nie do opanowania. Gryzie ręce podczas zabawy i atakuje mnie kiedy wchodzę do mieszkania lub się po nim poruszam. Na domiar złego zaczęła atakować moich gości, do tego stopnia, że w obawie przed jej atakami, zmuszona jestem zamykać ją w osobnym pokoju. Wiedziałam, że syjamy to koty o dużym temperamencie, nie przypuszczałam jednak, że moja kotka będzie agresywna i niebezpieczna. Mam poważne obawy, że zachowanie Zuzi to kwestia dziedziczonych skłonności, choć z drugiej strony na początku naszej znajomości była bardzo miłym i uwielbiającym pieszczoty zwierzakiem….

Pani Zuzi, aktywna zawodowo trzydziestolatka, pracująca w dużej korporacji, wyglądała na zdeprymowaną i bezradną wobec ekscesów swojej kotki. Ponieważ w jej rodzinnym domu zawsze były i koty i psy, przeprowadzając się do własnego mieszkania, postanowiła także dzielić los ze zwierzakiem, a że intensywnie pracowała, w grę wchodził jedynie kot.

Zuzia była syjamską kotką, która została przywieziona z zagranicy w wieku około czterech miesięcy. Od początku bardzo żywa i skora do wszelkich zabaw, była oczkiem w głowie swojej pani, która poświęcała jej cały swój wolny czas bawiąc się z nią i nie szczędząc pieszczot. Zuzia z kolei, jak to mają w zwyczaju syjamy, towarzyszyła swojej pani we wszystkich domowych czynnościach od gotowania po kąpiele. Stopniowo jednak zabawy Zuzi stawały się coraz bardziej „twarde”. Dzień po dniu, coraz częściej kotka atakowała ręce, którymi była głaskana, niedługo potem pojawiły się myśliwskie zabawy polegające na przyczajaniu się i atakowaniu nóg i rąk poruszających się ludzi, głównie pani, ale także przychodzących do domu gości. Choć nie zdarzało jej się przebić ludzkiej skóry, ataki i pogryzienia były coraz częstsze i coraz bardziej nieprzyjemne.

Jako zupełnie nieznana osoba miałem szczęście uniknąć ataku na samym początku mojej znajomości z Zuzią, jednak kiedy tylko oswoiła się z moją obecnością, co zajęło jej około czterdziestu minut, wszystkimi czterema łapami i uzbrojonym w ostre zęby pyszczkiem wylądowała na mojej ręce, którą celowo poruszałem za poręczą fotela, po czym szybko odskoczyła, chowając się pod łóżko. Choć moja ręka pozostała nienaruszona, poczułem niezły prysznic adrenaliny, którego także, choć w nieco inny sposób, dostarczała sobie Zuzia atakując poruszających się ludzi.

Koty syjamskie z natury mają bardzo żywy temperament. Źle znoszą samotność i brak zajęć, lubią być w centrum zainteresowania i niemal nieustannie towarzyszyć człowiekowi. Potrzebują sporo zabaw i możliwości realizacji zachowań drapieżnika, takich jak „polowanie” na piłkę czy uciekający patyk z piórkami. Godziny spędzone w oczekiwaniu na powrót zapracowanej pani, były z pewnością trudne do zniesienia i wzmagały napięcie kota. Nie mogąc zrealizować naturalnych łowieckich potrzeb w inny sposób, zaczęła przypuszczać atak na poruszające się podczas pieszczot palce, a następnie na dłonie i nogi chodzącej po domu pani.

Z uzyskanych od opiekunki informacji wnikało, że kotka w ciągu ostatnich miesięcy miała mniej uwagi i zajęć (co częściowo było spowodowane jej fatalnymi manierami), a tryb życia pani Zuzi sprawiał, że całe dnie spędzała w samotności. Bez wątpienia więc gryzienie i „myśliwskie” ataki były sposobem poprawienia sobie samopoczucia i dawały kotce niemałą satysfakcję, także w ten sposób, że zwracały uwagę jej pani.

Dotychczasowe sposoby radzenia sobie z kłopotliwym zachowaniem, takie jak zamykanie Zuzi w innym pokoju czy pryskanie wodą, były mało skuteczne, przede wszystkim dlatego, że wzmagały frustrację zwierzęcia, a frustracja właśnie była przyczyną agresywnych zachowań.

Pierwszą rzeczą, którą należało zrobić, to zbadać kotkę, by wykluczyć ewentualne czynniki medyczne mogące mieć wpływ na zachowanie, takie jak choćby alergia. Na szczęście lekarz weterynarii nie znalazł żadnych niepokojących objawów i należało uznać, że Zuzia jest zdrowym kotem.

Plan terapii wydawał się w tym wypadku oczywisty. Należało po pierwsze zapewnić kotu wystarczającą ilość zabaw i stymulacji oraz, po drugie, oduczyć go atakowania ludzi. Wobec konieczności przebywania opiekunki całymi dniami w pracy, rozważaliśmy możliwość oddania Zuzi do innego domu. Po krótkim namiśle zwyciężyła miłość do kotki i jej pani zdecydowała się podjąć wyzwanie.

Zaczęliśmy od zaopatrzenia Zuzi w większą ilość pożytecznych zabawek, takich jak piłki na gumce, latające rybki czy „gonitwa za serkiem” (zabawka w kształcie talerzy, w których uwięziona jest piłka), a także papierowe torby i kulki ze zmiętych gazet. Zabawki te miały być zmieniane co kilka dni i pojawiać się w różnych miejscach, tak, aby kot się nimi nie znudził. Na czas wyjścia, w różnych kątach mieszkania, pani Zuzi rozrzucała kocie smakołyki i dodatkowo co dwa, trzy dni, snack-ball, czyli kulę, z której podczas zabawy wysypują się niewielkie przysmaki. Równocześnie na cały dzień znikała miska z jedzeniem, bo odtąd Zuzia miała na jedzenie „zapolować”. Codziennie po powrocie z pracy należało dodatkowo zapewnić Zuzi porcję aktywnego polowania na patyk z piórkami czy rzucaną piłkę-zmyłkę. To wszystko miało zachęcić ją do polowań na coś innego niż ludzkie nogi czy ręce i zaspokoić jej naturalne potrzeby łowieckie.

Równolegle należało nauczyć kotkę z powrotem, że ludzkie ręce służą do innych niż polowanie celów. Przez kilka tygodni opiekunka Zuzi miała zaniechać inicjowania pieszczot i dotykania kotki, bez wyraźnego sygnału z jej strony, by nie dać jej szans ataku i nie prowokować zachowań łowieckich. Pieszczoty prowokowane przez kotkę miały być odwzajemnione, a dodatkowo wieczorna porcja jedzenia miała być podawana z ręki i połączona z głaskaniem.

Powyższe działania miały być przedsięwzięte z żelazną konsekwencją, a dodatkowo należało bez wyjątku ignorować wszelkie ataki Zuzi, nie wzmacniać ich i nie prowokować gwałtownymi ruchami i podniesionym głosem.

Trzeba przyznać, że pani Zuzi, osoba bez wątpienia ambitna i zorganizowana, stanęła na wysokości zadania. Już po tygodniu stosowania się do wspólnie wypracowanych zaleceń, nastąpiła znaczna poprawa zachowania. Zuzia sporadycznie atakowała jeszcze ręce i nogi lecz ponieważ nie przynosiło to spektakularnych efektów (pani starała się opanować swoje reakcje i dać kotu coś innego do polowania), swoje „dzikie instynkty” przeniosła w większości na przedmioty do tego przeznaczone. Po mniej więcej dwóch miesiącach sytuacja była już na tyle dobra, że zdecydowaliśmy o wycofaniu karmienia z ręki, choć oczywiście nie było to dalej zabronione, bo w międzyczasie stało się jedną z przyjemności dla obu stron.

Zuzia stała się spokojniejsza i przewidywalna, co przyczyniło się do dalszej poprawy atmosfery w domu. Zaniechała także ataków na odwiedzających mieszkanie gości. Na czas wzmożonej pracy lub wyjazdów służbowych pani, Zuzią opiekowała się wynajęta opiekunka (petsitterów, czyli osoby zajmujące się opieką nad zwierzętami można znaleźć na stronie www.petsitter.pl ), która kontynuowała ustalone zadania.

Nie zawsze, jak w przypadku Zuzi, udaje się połączyć styl życia i zawodowe obowiązki ludzi z potrzebami ich pupila. Rolą behawiorysty jest wówczas niejako rola spikera zwierzęcia, który może powiedzieć do przeżywa i czego potrzebuje zwierzę, by mogło funkcjonować w sposób nie przynoszący nikomu szkody. Takie wyjaśnienie jest potrzebne opiekunom po to by mogli podjąć decyzję o zmianie sytuacji, nawet jeśli jest to decyzja o rozstaniu z pupilem.

Andrzej Kłosiński – behawiorysta zwierzęcy COAPE, psycholog